"ECRINS 2016"

Czwartek, godzina 20:00, wpatruje się w monitor komputera i próbuje jeszcze pracować. Głowę jednak zaprząta mi myśl czy wszystko zabrałem. Odpisuje na maile, wykonuje ostatnie telefony, ustawiam autorespondra, zamykam laptopa i w drogę. Z chłopakami jestem umówiony na 23:00. Oczywiście wszyscy zjawiają się „punktualnie” i po północy wyjeżdżamy w trasę. Nasz cel to miejscowość La Grave leżąca u stóp masywu La Meije we Francji w Parku Narodowym Ecrins. Tak więc przed nami ok. 1500km. Podróż mija stosunkowo szybko (17h). Sześciu kierowców na zmianę, praktycznie bez przerwy i bez gaszenia silnika. Oczywiście nie obyło się bez problemów nawigacyjnych. Na szczęście, miły pogranicznik francuski łamaną angielszczyzną informuje nas, że trasa, którą planujemy przejechać do La Grave jest jeszcze o tej porze roku nieprzejezdna. Nadkładamy niestety dodatkowo 1 h jazdy.

La Grave Piątek, godzina 18:00. Miejscowość La Grave wita nas ponurą pogodną, z ciężkimi, ciemnymi chmurami oraz opadem deszczu i śniegu. Spodziewaliśmy się tego więc nie ma zaskoczenia. Od następnego dnia ma być już piękna wiosenna aura z dużą ilością słońca. Sama miejscowość robi na nas bardzo pozytywne wrażanie. Nie jest to tak dopieszczona wioska jak w innych rejonach alpejskich a jednak ma w sobie niesamowity klimat. W powietrzu można wyczuć, że jest to mekka freeskiing-u, freeride-u, rafting-u i wszystkiego innego zaczynającego się na „free” i ekstremalnego. Tu nie przyjeżdżają rodzinki z dziećmi na spokojne zimowe ferie. Natomiast można spotkać wałęsających się narciarzy w szerokich gaciach i wielkimi dechami wyczekujących niecierpliwie na kolejny opad świeżego śniegu.
Nasz plan pobytu w masywie Ecrins przewiduje wykorzystanie pierwszego dnia (sobota) na jazdę przywyciągową. Meldujemy się więc w pensjonacie Gite le Rocher, ok. 200m od dolnej stacji kolejki linowej Telepherique. Charakterystyczny wystrój recepcji i całego pensjonatu oraz muzyka grająca w tle wprowadza nas w dość specyficznym nastrój. Nikt nas nie wita, natomiast czeka na nas kartka powitalna w języku francuskim z kluczami do pokoju. Klimat hipisowsko-hipsterski na początku trochę nas onieśmiela. Później zachwycamy się tym miejscem. Bardzo luźna atmosfera wśród mieszkańców pensjonatu spowodowała, że nie wiedzieliśmy kto w końcu jest tu gospodarzem.

Sobota, godzina 06:00, pobudka, szybkie śniadanie, pakowanie i idziemy pod kolejkę. Nastroje mieszane bo pogoda nieciekawa –pochmurno i pada mokry śnieg. W biurze przewodników górskich pytamy lokalnego guide-a o szczegóły naszej trasy. Informuję nas o tym, że naszą planowaną trasą nikt od tygodnie nie szedł bo nie było pogody. Podpowiada nam również ciekawsze warianty przejścia. Dziękujemy za pomoc i na koniec pytamy czy coś wie o poprawie pogody na dzisiaj. Zwrotnie pokazuje nam obraz z kamery ze stacji górnej kolejki. Przecierając oczy, bez komentarza uśmiechamy się wymownie do siebie i nerwowo sprawdzamy czy zabraliśmy ze sobą okulary przeciwsłoneczne! Ustawiamy się w kolejce do kas (1450m). Pomimo wczesnej pory duży ruch bo dzień wcześniej kolejka nie działała z powodu złej pogody. Sporo freeriderów z szerokimi i długimi nartami oraz telemarkowców. Praktycznie nie ma nikogo na typowym sprzęcie zjazdowym. Ja czuje się trochę nieswojo bo nie widziałem nikogo na tak wąskich nartach jak moje Traby. Sporo osób ma na sobie uprzęże i sprzęt lodowcowy. Na górze przekonujemy się na własnej skórze dlaczego. Oczywiście wszyscy w kolejce wyposażeni w zestawy ABC a spora część posiada również plecaki z ABS. Wsiadamy wspólnie do jednej gondolki 6-osobowej i komentujemy zastałą sytuację. Po co im takie szerokie narty?!? Dlaczego mają uprzęże i liny?!? W połowie wyciągu wyjeżdżamy z chmur a słońce i ogrom bieli oślepia. Ukazuje się nam niesamowity teren do jazdy pozatrasowej. Rozglądamy się ze zdziwieniem i zaskoczeniem dookoła, wskazując, którędy poprowadzone są ślady zjazdowe. Wyjaśniło się dlaczego narciarze jeżdżący tutaj mają tak specyficzne wyposażenie. Do dyspozycji jest potężny areał ze żlebami, skałkami, lodowcami, serakami, szczelinami itp. Wszystko przykryte świeżutką białą 20-30cm kołderką. Z okien kolejki zachwycamy się zjazdami pierwszych w tym dniu narciarzy. Wysiadamy na górnej stacji - Les Ruillans (3200m). Szybkie pokonanie prawie 1750m w pionie powoduje lekkie zawroty głowy i zadyszkę. Nie decydujemy się na razie jechać wyżej na 3600m aby nie spotęgować problemów wysokościowych. Robimy małą rewolucję ubraniową bo nie spodziewaliśmy się takiej dobrej pogody na górze. Chowamy kurtki i łapawice a wyciągamy kremy na słońce i okulary przeciwsłoneczne. Przed wyjazdem na stok, duże żółte tablice ostrzegają i informują nas, że wkraczamy na teren wysokogórski i że robimy to na własne ryzyko. Oczywiście pierwszy zjazd miał być delikatny i rozgrzewkowy. Jednak już po kilku skrętach fantazja ułańska skierowała nas w najstromszy teren pomiędzy skałami i serakami. Naprawdę należało się dobrze rozglądać aby nie upaść z jakiegoś progu czy nie wpaść do szczeliny. Dobierając różne kombinacje tras, rozdziewiczamy śnieżne połacie. Chłopaki na szerokich nartach Zag Ubac mają świetną zabawę z jazdą po kolana w świeżym śniegu. Ja w sumie jeszcze lepszą bo na moich cienkich nartach bywa, że sunę w śniegu po pas! Mieliśmy pojeździć delikatnie z przerwami aby nie zmęczyć się za bardzo przed naszą tygodniową tourą. Niestety nic z tego nie wyszło. Być w takim miejscu i nie wykorzystać świeżego śniegu i słońca to po prostu grzech. Z palącymi udami ale z uśmiechami na twarzy kończymy dzień razem z zamknięciem kolejki.

Niedziela, godzina 05:30, pobudka, toaleta i pakowanie. W nogach czuć wczorajszy dzień. Słońce powoli wdziera się przez okno do pokoju, w którym panuje cholerny bałagan i harmider. Masa sprzętu i ubrań leży na podłodze i co chwilę ktoś pyta czy coś zabrać czy nie. Ograniczona pojemność plecaków na szczęście szybko weryfikuje listę rzeczy do spakowania. Ponownie stawiamy się pod kolejką linową Telepherique. Wykorzystując wyciągi zyskujemy prawie 2000m przewyższenia i oszczędzamy siły na następne dni. Ze względu na dość trudną do pokonania przełęcz Col de Girose (3514m) dzielimy się na dwa zespoły. Ja z Arturem i Grzegorzem S. próbujemy zmierzyć się z 45-50st. żlebem po drugiej stronie przełęczy, Janek z Marcinem i Grzegorzem G. wybierają wariant łatwiejszy przez Col de la Lauze. Zgodnie z opisem przewodnika O`Connor-a i sugestiami guide-a z La Grave żleb należy pokonać robiąc zjazdy na linach wykorzystując na stałe zamontowane stanowiska na skale. Na przełęczy rzeczywiście stwierdzamy, że żleb jest bardzo stromy ale próbujemy go pokonać na nartach. Jadę jako pierwszy robiąc nieśmiało i asekuracyjnie skręty. Żleb zawęża się i staje się coraz stromszy ale to nie jest problem. Pomimo południowej wystawy śnieg im niżej w żlebie tym jest coraz twardszy. Krawędzie nart nie trzymają za dobrze wiec w 1/3 żlebu podejmuje decyzję o zdjęciu nart. Na szczęście w eksponowanym terenie, znajduje kawałek pułki aby dokonać przepięcia. Myślę sobie, że teraz najszybciej i najbezpieczniej byłoby wykonać zjazdy na linie. Rozglądam się i rzeczywiście dostrzegam punkty asekuracyjne na ścianach boczny żlebu ale odległość między nimi na oko wynosi 40-50m. Oczywiście, ze względu na ciężar, zabrałem tylko linę 25m. Co prawda, Grzegorz S. na górze ma drugą linę 25m ale to nadal jest za mało. Trudno. Musimy sobie poradzić bez liny. Zakładam raki, dziaba do ręki, narty na plecak i schodzę tyłem, na przednich zębach. Ostrzegam chłopaków będących jeszcze u góry. Oni również zakładają raki i schodzą po moich śladach. Być może gdybyśmy poczekali jeszcze jedną czy dwie godziny aby śnieg trochę rozmiękł, udałoby się zjechać cały żleb. Jednak nie mamy na to czasu bo koledzy czekają już na nas pod następną przełęczą do sforsowania -Col du Replat (3335m). Tam już bez większych problemów przedostajemy się przez wąską strzelinę w skalę na druga stronę do doliny Torrent des Etacons. Zjazd w delikatnie rozmokniętym śniegu sprawia nam wiele satysfakcji i radości. Następnie, łagodnie doliną docieramy do miejscowości La Berarde (1713m), gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w schronisku górskim. Wnętrze schroniska jest komfortowe i przyjemne ale bez szczególnego klimatu. Na kolację zielona zupa oraz kasza z pieczoną rybą i sosem. Do tego pyszny deser. Grzegorz G. -wegetarianin od 24 lat, dostaję również kaszę, tylko z innymi dodatkami. Przekonuje nas o szczególnych właściwościach kaszy i wychwala jej wyjątkowy smak pod niebiosa. Z ciekawością przysłuchujemy się wywodom i próbujemy się delektować smakiem posiłku.

Poniedziałek, godzina 05:30, pobudka, toaleta z ciepłą i bieżącą wodą. Ostatnia taka przyjemność na naszej trasie. Francuskie śniadanie, czyli bagietka, dżemik, płatki i mleko – generalnie słabo jak dla nas Polaków. W dolinie nie ma śniegu więc rozpoczęliśmy od spaceru z nartami na plecakach. Do głębokiej zacienionej doliny zaczynają docierać promienie słoneczne a my zaczynamy się wspinać przez próg doliny do schroniska Refuge de Temple Ecrins (2410m). Schronisko w tym okresie nie jest dozorowane i funkcjonuje w formie „winterraum”. Dodatkowo zasypane jest prawie pod dach. Forsujemy wejście do środka, zbieramy wodę z dachu do przygotowania posiłków, zostawiamy depozyt i na lekko ruszamy dalej w kierunku Col des Avalanches (3499m). Długie podejście, prawie 1100m przewyższenia oraz świadomość, że nie musimy dojść do końca, powoduje, że nasza grupa rozbija się na mniejsze podgrupy. Ostatecznie tylko ja z Arturem osiągamy przełącz Col des Avalanches oraz teren lodowcowy powyżej pod ścianami Barre des Ecrins (3800m). U góry robimy mały piknik a przed nami 1400m fantastycznego zjazdu! Twardy podkład i 3-4 cm puszczonego śniegu. W zjeździe wyszukujemy z Arturem co ciekawszych formacji tj. skałki, muldy, żleby dla urozmaicenia zjazdu bawiąc się przy tym fantastycznie. Spotykamy się wszyscy pod schroniskiem dzieląc się emocjami po zjeździe. Z zebranej wcześniej wody przygotowujemy napoje i posiłki typu „travellaunch” Dołącza do nas na noc jeszcze grupa 4 Anglików z Chamonix, którzy planują podobną trasę jak my. Zimno i ciemno w środku więc nie było długiej posiadówki tego wieczoru. Częstujemy się jeszcze płynami na rozgrzewkę i rozchodzimy się po „pokojach”. Temperatura 5-7 st. spowodowała, że pomimo użycia kilku koców będących na wyposażeniu schroniska, położyliśmy się w pełnym „opakowaniu.”

Wtorek, godzina 08:30. O kurczę, zaspaliśmy! Co prawda budziki dzwoniły ale z powodu panującego mrozu i ciemności nikomu nie widziało się wychylać nos spod 4 warstw koców. Ale czas się ruszyć - chuchanie , rozcieranie rąk, grzanie wody na herbatę i przygotowywanie śniadania. Pakujemy się, sprzątamy i zamykamy schronisko. Wspinamy się zboczem zachodnim, będącym o tej porze dnia dość twardym. W rakach i z czekanami pokonujemy kluczowe trudności podejścia, później na fokach osiągamy przełęcz Col de la Temple (3321m). Następnie długie poszukiwania możliwości zejścia w dół na lodowiec Glacier Noir. Tego fragmentu trasy najbardziej obawiałem się przed wyjazdem. Na szczęście jest piękna pogoda i dobra widoczność. Ostatecznie zdecydujemy się na zejście żlebem, który wydaje się nam z góry najbardziej sensowny. Niestety później okazuje się, że wybraliśmy najtrudniejszy i najgorszy możliwy wariant. W żlebie o nachyleniu ok. 50-60st. czekały na nas progi skalne, przewężania na 50cm i lodospady z brakiem możliwości założenia stanowiska do zjazdu na linie. Prawie dwugodzinne zejście tyłem na przednich zębach raków z ciężkim plecakami, z elementami wspinaczki drytoolowej, bez żadnej asekuracji dała nam wszystkim mocno w kość. Całe wydarzenie obserwują zaprzyjaźnieni Anglicy, którzy wybrali inny, łatwiejszy wariant zejścia. Gratulują nam później w schronisku wytyczenia nowej polskiej drogi wspinaczkowej pod przełęczą Col de la Tample. Zmęczeni fizycznie jak i psychicznie na dole ściskamy się z radością gratulując sobie „drugiego życia”. Już na luzie, zjeżdżamy długo lodowcem do wysokości 2031m npm. Tam spotykamy dwóch Polaków z Warszawy, którzy podążają w tym samym kierunku co my. Wspinając się już w łatwym terenie skalno –śnieżnym osiągamy schronisko Refuge du Glacier Blanc (2542m). W schronisku przyjemnie bo jest ciepło i bieżąca woda z lodowca w umywalce. Schronisko obsługuję miła para z małym niemowlaczkiem, więc w sali głównej nie brakuje dziecięcych gadżetów . Na kolację oczywiście zielona zupa oraz kasza, tym razem jaglana z mięsem i sosem. Grzegorz G. -wegetarianin nadal wychwala pod niebiosa wyjątkowe właściwości kaszy, szczególnie jaglanej. Podobno najzdrowsza! Z mieszanymi uczuciami, próbujemy się zachwycać jej smakiem. Na szczęście na deser pyszne ciasto z polewą budyniową. Po kolacji, gospodarz informuje nas o jednodniowym załamaniu pogody. Przykra sprawa ponieważ na następny dzień planowaliśmy wyjście na Dome de Neige des Ecrins (4015m) – najbardziej na południe wysunięty czterotysięcznik. Podejmujemy więc decyzję o wcześniejszym wyjściu ze schroniska i podzieleniu się na dwa zespoły aby zwiększyć mimo wszystko szanse na zdobycie szczytu.

Środa, godzina 04:30. Jest ciemno ale już nadchodzą chmury i nie widać gwiazd. Razem z Arturem i Grzegorzem S. idziemy szybciej aby przynajmniej spróbować wejść na szczyt przed całkowitym załamaniem. Zostawiamy depozyt przy schronisku Refuge des Ecrins (3175m). Do tego miejsca było jeszcze dość dobrze i dawało nam nadzieję na sukces i zdobycie szczytu. Inne zespoły wobec pogarszającej się pogody jednak odpuszczają i zawracają. Robi się coraz gorzej. W szczytowych partiach podejścia wśród szczelin i seraków na wysokości ok. 3600m-3750m pogoda diametralnie się psuje. Zaczyna padać mocny śnieg z bardzo silnym wiatrem, ograniczając widoczność do kilku metrów. Zdani tylko i wyłączenie na nawigację GPS brniemy mimo to dalej. Śniegu przybywa w oczach a ślady za nami znikają. Nie do końca świadomi, mijamy strome urwiska seraków i głębokie szczeliny. Zdajemy sobie sprawę, że staje się to coraz bardziej niebezpieczne ale nikt z nas nie chce pierwszy podjąć decyzji o odwrocie. Pogoda na tyle się pogarsza, że praktycznie nic nie widząc przed sobą patrzymy tylko na wyświetlacz gps-a. W pewnym momencie na wysokości ok. 3850m, bliskość ścian skalnych i lodowych powoduje zakłócenia w odbiorze sygnału gps. Nawigacja zaczęła błędnie wskazywać nasze położenie i skierowała nas do miejsca bez możliwości kontynuacji drogi do góry. Konsternacja nie trwa długo. Wymieniamy się spojrzeniami i bez słów zaczynamy odpinać narty i ściągać foki. Odpuszczamy! Zabrakło ok. 150m w pionie do szczytu. Dla bezpieczeństwa związujemy się w trójkę liną i powoli ruszamy w dół. Błędnik wariuje i ciężko jest utrzymać równowagę. Często łapiemy się na tym, że ciemniejszy kolor śniegu to nie mulda tylko 10m lodowa skarpa. Zjazd w tych warunkach staje się bardzo długi i męczący fizycznie jak i psychicznie. U podstawy ściany dołączamy do reszty ekipy i już razem zjeżdżamy do schroniska Refuge des Ecrins. Do wieczora mocno pada więc to przekreśla nawet nasz plan rezerwowy aby jeszcze rano spróbować zaatakować szczyt. Gospodarz przy kolacji informuje nas, że zgodnie z komunikatem meteorologicznym powinno dosypać ok. 15-20cm ale już wtedy widzieliśmy, że tego śniegu będzie znacznie więcej. Do jedzenia oczywiście zielona zupa oraz kasza, tym razem jęczmienna z mięsem i warzywami. Grzegorz G. -wegetarianin nadal wychwala pod niebiosa wyjątkowe właściwości kaszy. Bez przekonania ale z grzeczności przytakujemy. Deser łagodzi nasze podniebienia. Całą noc mocno wieje i pada śnieg.

Czwartek, godzina 05:00. Wszyscy nerwowo wypatrują co się dzieje za oknem. Jednak jest za ciemno więc nie widać ile ostatecznie spadło śniegu. Po francuskim śniadaniu rozjaśniło się. Na zewnątrz stwierdzamy ok. 30-40cm świeżego śniegu. Bezchmurne niebo. Zapowiada się piękny dzień! Niestety padający śnieg przy mocnym wietrze stworzył trudne i specyficzne warunki. Miejscami podłoże wywiane do kamieni i lodu w innych poduchy po ok. 100cm. W planach było przejście do następnej doliny przez przełęcz Col Emile Pic następnie zjazd przez lodowiec Glacier des Agneaux i podeście do schroniska Refuge Adele Planchard. Generlanie miejsca dość mocno zagrożone lawinami. W schronisku wśród narciarzy nerwowa atmosfera. Gospodarz odradza nam przejścia przez przełęcz Col Emile Pic. Dwie grupy z przewodnikami wycofują się i wracają w doliny. Anglicy mają dzień zapasu więc postanawiają zostać w schronisku. Polacy z Warszawy podpytują co my w takiej sytuacji planujemy ale generalnie są skłonni zjechać w doliny i wrócić autobusem do La Grave. Nam taka opcja się nie podoba ale chyba jest najbardziej racjonalna w obecnych warunkach. Ktoś jednak rzuca hasło aby dać sobie jedną szansę. Spróbujemy podejść w kierunku przełęczy aby organoleptycznie ocenić stabilność pokrywy śnieżnej. Dla rozluźnienia atmosfery, żartujemy sobie, że pierwszych na zbocze wypuścimy chłopaków z plecakami ABS, później pójdą Ci co nie mają rodzin a na końcu ci co mają kredyty we frankach szwajcarskich bo oni muszą żyć i spłacać dług najdłużej. To jednak nie poprawia humorów w grupie. Przed schroniskiem zbiórka i wpatrujemy się w stok, którym mamy za chwilę podchodzić. Brak jednoznacznej decyzji i brak chętnego do torowania. Przerywam milczenie i rzucam: ok, to idziemy! Zaczynam pierwszy prowadzić. Wschodzące słońce oświetla zbocze Dome de Naige, na którym wczoraj polegliśmy. Dokładnie widzimy miejsce, z którego musieliśmy się wycofać. Ostatecznie okazuje się, że tylko nasza grupa zdecydowała się tego dnia na wyjście "do góry". Z duszą na ramieniu, trawersujemy stok miejscami zapadając się po kolana w świeżym śniegu a miejscami idąc po lodzie. Przemieszczamy się w odstępach i w bezpieczniejszych miejscach próbujemy dodatkowo obciążyć pokrywę śnieżną. Sprawia wrażanie stabilnej ale to może my tak sobie to interpretujemy dla swojego spokoju. W połowie zbocza zmienia mnie Artur zarzucając mi, że idę za stromo do góry. A ja po prostu chciałem mieć to szybciej za sobą. Kiedy dostajemy się już wszyscy pod skały i wydaje się, że jesteśmy bezpieczni, napotykamy na kolejny problem. Końcowy komin, który powinien nas wyprowadzić na przełęcz Col Emile Pic (3483m) jest zupełnie bez śniegu i dość mocno eksponowany. Czeka nas ok. 20m wspinaczki drytoolowej po resztkach śniegu, skale i lodzie. W kominie próbujemy wykonać własny system asekuracji wykorzystując częściowo obecne punkty stałe i poręczówki. Po konsultacjach i ocenie sytuacji, zapada decyzja o wypuszczeniu Artura z dwoma dziabami bez plecaka. Zabierze ze sobą linę i spróbuje założyć stanowisko powyżej trudności. Akcja powiodła się i po kolei asekurowani, przeciskamy się przez komin, obdzierając przy tym łokcie, kolana i plecaki z nartami. Przed nami zjazd, przed którym ostrzegał nas gospodarz schroniska, mówiąc, że właśnie tam może być najwięcej nawianego śniegu. Strome zbocze całe w cieniu, poszarpane serakami i szczelinami nie budzi sympatii. Próbujemy pojedynczo i nieśmiało pierwsze skręty w dół. Co prawda wyzwalamy pojedyncze zsuwy ale póki co raczej nie groźne dla nas. Wraz z obniżeniem wysokości nabieramy więcej pewności i śmiałości. Wyjeżdżając z cienia Pic de Neige Cordier zaczynamy się bawić i cieszyć zjazdem. Ogłaszamy konkurs na najładniejszy szlaczek na śniegu robiąc przy tym zdjęcia i filmiki. Z małymi problemami wyszukujemy linię zjazdu przez próg dolinki i osiągamy lodowiec Glacier de la Plate des Agneaux (2200m) Tam możemy w pełnym słońcu odetchnąć i pogratulować sobie, że kolejny raz nam się udało. Niestety przed nami jeszcze prawie 1000m podejścia do schroniska Adele Planchard (3168m) południowym stokiem w pełnym słońcu. Zbocze to jednak sprawia wrażanie dużo bardziej stabilnego a świeży śnieg znika w oczach. Na podejściu czujemy się jak w piekarniku. W rozciągniętym peletonie osiągamy najciekawsze architektonicznie schronisko i najładniej położone wśród wszystkich odwiedzonych na trasie. Mnie jako inżyniera najbardziej zainteresował dość oryginalny i prosty system ogrzewania wnętrza z wykorzystaniem południowej elewacji budynku. Siedząc na ławie w słoneczku i popijając piwko, dopingujemy pozostałych na końcówce podejścia. Jako, że jesteśmy stosunkowo wcześnie w schronisku, postanawiam jeszcze przejść się sam na przełęcz Col de l`Ange i zjechać charakterystycznym żlebem za schroniskiem. Podchodząc oceniam, że śnieg nie jest za dobry do zjazdu, szczególnie, że do pokonania są trzy przewężania na ok. 2m - 2,5m. Ale idę dalej z myślą, że najwyżej wrócę na rakach po moich śladach. Jednak na przełęczy stwierdzam, że w dole przy schronisku zebrała się grupa narciarzy obserwujących mnie i czekających na mój zjazd. Cholera no i jak tu się teraz wycofać?!? Ok, próbuje! Nie jest tak źle, kilka skrętów obskokami a w przewężaniach delikatnie się zsuwam. Później po wyjeździe na piargi, kręcę już długie łagodne łuki. A co na kolację?!? I tu mega zaskoczenie! Czerwona zupa!!! Niestety, na drugie tradycyjnie już kasza jaglana z mięsem i sosem. Pomimo tego, Grzegorz G. -wegetarianin nadal wychwala pod niebiosa wyjštkowe właściwości kaszy. Tym razem bez grzeczności, wszyscy głośno mówimy mu, żeby się już zamknął!!! Chętnie oddamy mu nasze przydziały kaszy! Pyszny deser nie zabija już smaku kaszy. Wieczorem gospodarz informuje o pogorszeniu pogody na następny dzień. Nie jest to już dla nas tak istotna informacja ponieważ i tak to jest nasz ostatni dzień ze zjazdem w doliny.

Piątek, godzina 05:30. Pobudka. Za oknem nieciekawa pogoda, mgła i chmury przewalają się przez granie. Idziemy w kierunku szczytu La Grande Ruine (3765m). Teoretycznie bez ciśnienia ale z tyłu głowy siedzi porażka na Dome de Naige. W słabej widoczności osiągamy przełączkę pod szczytem, gdzie pozostawiamy narty. Tym razem nie odpuszczamy i ostatnie 200m pokonujemy w rakach i czekanami w zupełnej mgle, w bardzo eksponowanym terenie. Na szczycie ściskamy się i wspólnie, radośnie odśpiewujemy słynną francuską piosenkę „Champs Elysees”. Schodzimy ostrożnie bo zgodnie z powiedzeniem himalaistów: "Zwycięstwo trzeba donieść do bazy". Przed nami jeszcze jedna trudniejsza przełęcz Col des Neige (3348m) i zjazd lodowcem Glacier de la Casse Deserte. Rozpogadza się i nawet przebija się słoneczko. Czujemy się jakby góry, mimo wszystko chciały nas miło pożegnać. Na koniec mamy jeszcze długi i łagodny zjazd doliną z lodowcem Glacier de la Plate des Agneuaux do miejscowości Villar d`Arene. Zjeżdżamy już na spokojnie, bez skoków i wygłupów. Nogi zmęczone po tygodniu pracy i łatwo o wywrotkę czy kontuzję. Ostatnie kilometry doliny pokonujemy "z buta" mijając ciekawe formacje skalne i wodospady. Przed wyjazdem bierzemy jeszcze prysznic (pierwszy po 4 dniach wycieczki) u naszych gospodarzy z La Grave. Kupujemy kilka ładnych ciuszków skitourowych na posezonowych wyprzedażach i ruszamy w drogę do Polski. Na odtrucie po tygodniowej kuracji na bazie kaszy, szybko po przekroczeniu granicy PL wpadamy do restauracji na rosół oraz schabowego z ziemniakami i kapustą!

Podsumowanie:
Generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu. Pomimo dwóch dni z załamaniem pogody, udało się zrealizować większość planu. Masyw Ecrins lub inaczej L`Osians / Delifant jest przepiękny! Strzeliste ściany, poszarpane szczyty, wąskie przełęcze i krótkie doliny tworzą niesamowity klimat. Charakterem przypomina trochę nasze Tatry Wysokie. Obok dwóch czterotysięczników występuje w nim osiem szczytów o wysokości ponad 3800m, 34 szczyty o wysokości ponad 3500m i ponad 100 szczytów powyżej 3000m. Decyzja o wyborze tego mało popularnego regionu zapadła, bo mieliśmy już dość miejsc, w których w sezonie skitourowym bywa ciasno na szlaku. Intrygował nas również dość trudny i wymagający charakter wycieczki. Zdecydowanie nie jest to łatwy teren na skitoury i być może dlatego jest tam tak mało narciarzy. Trudności trasy nas trochę zaskoczyły. Być może dlatego, że w tym roku wyjątkowo było mało śniegu. A być może dlatego, że będąc już po kilku czy kilkunastu takich tourach w Alpach, trochę je zlekceważyliśmy. Góry uczą pokory i raz na jakiś czas dają pstryczka w nos. Na szczęcie, tym razem nauka obyła się bez strat na naszym zdrowiu. Schroniska są małe i kameralne, często obsługiwane przez jedną, dwie osoby. Atmosfera jest bardzo przyjemna. Gospodarze, często widząc nas na podejściu wychodzili przed schronisko i nas witali. Czuliśmy się jak goście schroniska a nie jak klienci hotelowi. Schroniska położone są stosunkowo wysoko z pięknymi widokami na okolice, jednak czesto bez bieżącej wody. O prysznicach z ciepłą wodą można zapomnieć. Dla facetów to żaden problem ale kobietki mogą czuć dyskomfort. Ciekawe, ale rzeczywiście nie spotkaliśmy żadnej dziewczyny na trasie. Jedzenie, jak w opisie powyżej. (Podobno kasza w dużej ilości nie szkodzi :) ) Po za opisaną trasą, istnieje duża możliwość rozbudowania wycieczki o dodatkowe 2-3 dni. Niestety bardzo mało jest o tym informacji w Internecie w języku angielskim. Często, o innych możliwościach lub wariantach dowiadywaliśmy się od gospodarzy w schroniskach. Ciekawostką jest, że trasy zjazdowe w La Grave nie są przygotowywane a jedyny ratrak jaki spotkaliśmy, ku naszemu zaskoczeniu, służył do podwożenia narciarzy pod kolejny wyciąg. Na pewno tam jeszcze wrócimy! (tym razem z szerszymi nartami! :) )

Wniosek na przyszłość: dokładnie sprawdzać wyposażenie z "check listą"! Ja np. zapomniałem zabrać grubych rękawic. Całą tourę przeszedłem korzystając tylko z jednej pary cienkich, sportowych rękawiczek, które niejednokrotnie były przemoczone do suchej nitki. Na szczęście obyło się bez odmrożeń.

Wycieczka odbyła się w terminie: 08-16.04.2016r.
Suma podejść ok. 6000m, suma zejść ok. 8700m
Plan wycieczki opracowany na podstawie opisu z przewodnika Billa O`Connora.
Gdyby ktoś wybierał się w ten rejon i potrzebował więcej informacji to chętnie pomogę.
W wyprawie udział wzięli: (od lewej) Krzysztof Dudek, Artur Juszczak, Marcin Grasela, Grzegorz Górczyński, Grzegorz Siemieniec, Jan Syty

Autor tekstu i zdjęć - Krzysztof Dudek

GALERIA ZDJĘĆ Z WYJAZDU


© 2016 by dundol